Strony

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 30

   Bydgoszcz była dla nas dobrym miejscem. Wojtek był uznawany za jednego z podstawowych zawodników. Cieszyłam się, że tak dobrze mu idzie. Dla Łuczniczki sezon zapowiadał się znakomicie. Drużyna sprawiała wrażenie silnej i mogącej walczyć o najwyższe cele. Miałam nadzieję, że to jest wreszcie miejsce dla Ferensa.
Co do Zuzi to.... Cóż, odmieniała jak mogła i kiedy mogła słowo "tata" przez wszystkie przypadki. Jeszcze chwila i bałam się, że stanę się zazdrosna. Nigdy nie sądziłam, że spotka mnie coś takiego. Ogrom tego uczucia momentami mnie paraliżował. Niejednokrotnie przyłapywałam się na tym, że szukam przyjmującego wzrokiem, by tylko sprawdzić, czy aby na pewno jest.
- Wojtek biorę Zuzię i idę na zakupy- poinformowałam go. Dziecko bardzo szybko wyrastało z ubrań, dlatego co chwilę trzeba było się zaopatrywać w nowe.
- Idziemy siame?- spytała zawiedziona. Nie chciałam brać Ferensa, wiedziałam jak nienawidzi łazić po centrum handlowym, a nawet w supermarkecie zakupy chciał robić jak najszybciej byleby opuścić sklep.
- Słoneczko, nie marudź- poprosiłam. Ale gdzież ona by się posłuchała.
- Plosie- popatrzyła na mnie. Ja pozostałam nieugięta i ona miała tą świadomość.- Tato...- pożaliła się i podbiegła do niego.- Choć ź nami- wlepiła w niego swoje błagalne spojrzenie. Nie miał wyjścia. Uśmiechnął się i zaczął zbierać do wyjścia. Takie to małe, 4-letnie, a już wiedziało jak owinąć sobie faceta wokół palca. Od dzieci to się można jednak wiele nauczyć.
Nie powiem, że zakupy z dziewczynką były szybkie. Nie raz i ja traciłam cierpliwość, dlatego doceniam to, że Ferens tak dobrze to znosił.
- Mamo, a pójdziemy do śklepu ź ziabawkami?- spytała po półtorej godziny spędzonej w galerii.
- Zuzia, nie zdziwiaj już. Wracamy do domku.
- Tato...- przyjęła inną strategię.
- Zuźka!- ostrzegłam ją.- Nie znaczy nie.
- Ale ja plosie.
- Idziemy jeszcze tylko do piekarni, a potem wracamy.
- Tatusiu, ja chciem tylko papatrzieć- przytuliła się do niego. Pokręciłam głową, bo wiedziałam jaka będzie odpowiedzieć.
- Zajdę z nią szybko jak będziesz kupować chleb- oznajmił. Westchnęłam głośno i podniosłam ręce w geście kapitulacji.
- Tak!- ucieszyła się. Chwyciła siatkarza za ręce i ciągnęła go do dziecięcego raju. Pokręciłam głową, wiedząc, że na patrzeniu się nie skończy i poszłam do piekarni. Wychodząc z niej, szukała w torebce telefonu i nie patrzyłam jak idę, przez co wpadłam na kogoś. Do moich uszu dotarł odgłos, upadających reklamówek.
- Przepraszam bardzo- rzuciłam od razu skruszona i schyliłam się, by pomóc kobiecie pozbierać zakupy.
- Nic się nie st...- urwała bo w tym momencie nasze oczy się spotkały. Zamarłam. Miałam wrażenie, że przestałam oddychać. Sama nie wiem, czy serce biło za szybko, a może nie biło w ogóle. Ona również nie wiedziała jak się zachować. Patrzyła na mnie z niedowierzaniem. W jej spojrzeniu mogłam wyczytać tylko zmieszanie.
- Mamusiu, a tata kupił mi misia!- na ziemie sprowadził mnie głos Zuzi.- Plosie, to pani?- podała jej reklamówkę, ledwo ją unosząc.
- Tak, dziękuje- wzięła od dziecka siatkę, przypatrując się jej.
- Czy to...?
- Tak, moja córka. Co? Zaskoczona? Jak widzisz świetnie poradziłam sobie bez was- rzuciłam wściekle.
- Ale...
- Co, ale? Myślałaś, że skończę na ulicy? Że jej dobrze nie wychowam?
- Musimy na spokojnie porozmawiać...
- Nie!- przerwałam jej, łamiącym się głosem.- Czas na rozmowę był  ponad 4 lata temu. Teraz ja was nie potrzebuje. Zapomnijcie, że istnieje. Tak jak ja o was zapomniałam. Żegnam, panią- uśmiechnęłam się sarkastycznie i wzięłam Zuzię na ręce, szybkim krokiem, udając się na parking. Ferens dogonił mnie i wyrwał dziecko z rąk.
- Uspokój się i daj i te reklamówki. Wiesz, że nie wolno ci dźwigać- upomniał mnie. Oddałam mu zakupy, walcząc ze sobą, żeby się nie rozpłakać. Oparłam się o samochód, robiąc kilka głębokich wdechów. Przyjmujący w tym czasie zapiął dziewczynkę w foteliku, a następnie podszedł do mnie.
- Kto to był?
- Moja matka- wykrztusiłam. Bez słowa mnie do siebie przytulił. I tego mi tak naprawdę było trzeba.  Postaliśmy tak chwilę w ciszy. Nie potrzebne były żadne słowa.
- Jedźmy do domu- poprosiłam. Postanowiłam nie płakać przez nich. Miałam swoje życie. I nie chciałam pozwolić, by ktoś mi je swoją obecnością zepsuł.
W mieszkaniu z uśmiechem przypatrywałam się szczęśliwej Zuzi. Wszystko zrobiłam jak należy. To oni kilka lat temu popełnili błąd. Ich strata, że nie mają przy sobie tak wspaniałej wnuczki.
- Wiesz, że mama cię tak bardzo kocha?- pocałowałam ją w główkę.
- Wiem mamusiu, ja cie teź- przytuliła mnie i wróciła do swojego rysowania. Z całą pewnością nie potrzebowałam do szczęścia niczego i nikogo innego.

   Zaczął się sezon. Wojtek był w świetnej dyspozycji. Wszyscy byli napełnieni optymizmem. Szczególnie, że tak jak było przewidziane, był jednym z podstawowych zawodników. Pękałam z dumy, widząc efekty jego ciężkiej pracy. Takiej determinacji nie spotyka się u każdego.
Nadszedł dzień meczu z Olsztynem, który miał być transmitowany w telewizji. Punktualnie włączyłyśmy z Zuzią polsat sport. Jak dla mnie Ferens był najlepszy, choć pewnie nie byłam zbyt obiektywna. Niestety. Przyjmujący po jednym z ataków niefortunnie wylądował. Upadł na parkiet i nie wstawał. Podniosłam się w jednej sekundzie z kanapy.
- Mamusiu, dlaciego tata leżi?- spytało dziecko.
- Spokojnie na pewno zaraz się podniesie- powiedziałam uspokajająco, modląc się w duchu, żeby tak się stało. Błagałam go w myślach, żeby wstał, ale tak się nie zdarzyło. Wokół niego z każdą sekundą przybywało zawodników i fizjoterapeutów. Sekundy zmieniły się w minuty, a ja słuchając komentatorów wpadałam w coraz większą panikę. Doszło do tego, że znieśli go na noszach. Wiedziałam, że to nie wróży niczego dobrego. Mimo jego starań, by pokazać kibiicom, że tak naprawdę to nic, widziałam jak zaciska szczęki. Potem oglądałam tylko mecz, z nadzieją, że powiedzą nieco więcej o jego stanie. Próbowałam się do siatkarza dodzwonić, jednak bezskutecznie. Mijały kolejne godziny, a od Wojtka nie było znaku życia. Położyłam dziecko spać, zapewniając, że Ferensowi nic nie będzie. Sama siedziałam przy telefonie do późna w nocy, ale na nic się to nie zdało. Chłopak nie zamierzał się odezwać.
Następnego dnia, ponownie próbowałam się skontaktować z przyjmującym, ale jego telefon konsekwentnie milczał. W końcu raczył zadzwonić.
- Nareszcie!- powiedziałam z ulgą.- Jak się czujesz? Co mówili lekarze?
- Pół roku- powiedział bez cienia emocji w głosie, co tylko wskazywało na to, jak bardzo go to dotknęło. Zacisnęłam mocno powieki. Nie mogłam mu powiedzieć, że to nic takiego. Oboje wiedzieliśmy, że miał marne szanse, by w tym sezonie, który jak na złość dopiero się zaczął, pojawić się na parkietach Plus Ligi.
- Poradzimy sobie- próbowałam dodać mu otuchy.- Postaraj się tym tak nie zamartwiać- poprosiłam.
- Kończę, będę wieczorem- oznajmił i się rozłączył. Ta kontuzja dotknęła go aż za bardzo. Dzień dłużył się niemiłosiernie. Chodziłam z okna do okna, czekając na przyjazd siatkarza. W końcu zobaczyłam jak razem z kolegą z drużyny wchodzi do bloku o kulach.
- Dzięki, stary- zwrócił się do drugiego siatkarza, kiedy ten zostawił u nas w mieszkaniu jego torby.
- Spoko, jakby co to dzwoń- powiedział i po chwili go nie było.
- Wojtek- rzuciłam mu ręce na szyję i przytuliłam go mocno.- Tak mi przykro.
- Mi też- oznajmił zrezygnowany.
- Jesteś głodny?
- Nie, chciałbym się położyć- wyminął mnie i pokuśtykał w stronę sypialni. Zuzia wyszła cichutko z pokoju i podreptała za nim.
- Baldzio boli?- spytała nieśmiało.
- Nie boli- starał się przybrać nieco weselszy ton.
Wiedziałam, że będzie ciężko. Ale nie sądziłam nigdy, że to kolano, zmieni Ferensa nie do poznania. Jednak niestety tak się stało... Wszystko zaczęło się walić.

---------------------------
Mówicie mi, żebym nie psuła, ale no ja tak nie umiem :P Następny rozdział dlatego kto zgadnie, jak konkretnie zmieni się przez kontuzję Wojtek :)
Coś czuję, że ta historia dobiega końca:(
Do soboty <3

13 komentarzy:

  1. Wiedziałam, po prostu wiedzialam, ze cos sie popsuje :( ale bądźmy dobrej myśli ! :) czekam na następny ! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jezu no...Nie jest rewelacyjnie, bo za dużo smuteczku..Kontuzja i jeszcze ta jej matka...Ehh...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa... Z jednej strony lubię jak się psuje, bo wtedy coś się dzieje, a z drugiej wiem, że ktoś cierpi i mnie też to dobija haha :P. Jestem baaarrrdzo ciekawa jak to się dalej potoczy. Może Wojtek przestanie ją kochać ? ( co ja pieprze przecież oni bez siebie żyć nie potrafią !!! )
    Pozdrawiam Dooma :).
    W wolnej chwili zapraszam do siebie :*.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kontuzje to wieczne utrapienie. Ale no Wojtuś, to nie koniec świata. Nadal jesteś siatkarze do jasnej anielki i nie wolno się poddawać zaraz na starcie, no! Tym bardziej, że Miśka i Zuzia nadal są dla niego.
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, żer Wojtek mocno się nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurde bylam tak zaspana ze nie skometowalam!! Mam nadzieje ze wszystko bedzie dobrze...i ze Wojtek nie bedzie sie poddawal i duzo sie nie zmieni!! Ja juz kocne bo wgl nie mam sily na pisanie bo jak nie pomagac mamie yo jezdzic po sklepach albo sprzatac... Katastrofa.. Wesołych Świąt i pozdrawiam ;*

    -Wronka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myśle że on mógłby się zmienić pod takim względem że hmm Zuzia będzie się go bać? Będzie krzyczał? Nie mam zielonego pojęcia no chyba że wpadnie w "depresje"? Nie mam pojecia... Czekam ;*

      -Wronka

      Usuń
  7. Dodasz dzisiaj rozdz..? ;*

    -Wronka

    OdpowiedzUsuń